LifestyleRodzice

Miłość rodzi się powoli – inny aspekt macierzyństwa

Minęło już kilkanaście lat, a ja wciąż pamiętam, kiedy zrodziła się w mojej głowie myśl, aby po raz pierwszy zostać matką. Tak, ta myśl pochodziła właśnie z mojej głowy. Nie była konsekwencją obudzonego i niezaspokojonego instynktu macierzyńskiego.

Radosne przygotowania

Jak zapewne większość kobiet, które planują ciążę, przystąpiłam do szukania informacji na temat suplementów, witamin, które powinnam zażywać. Kupiłam książki o ciąży, porodzie i opiece nad noworodkiem. Łykałam kwas foliowy i niecierpliwie czekałam. Czekałam na ten radosny moment, kiedy okaże się, że jestem w ciąży. Wyobrażałam sobie lawiny szczęścia, które spłyną na mnie w momencie odkrycia tego faktu. Naoglądałam się scen z filmów i sama utworzyłam tysiące scenariuszy na ten moment. Zaplanowałam również w jaki sposób powiadomię męża i bliskich o moim szczęściu.

Stało się….. czyli dwie kreski na teście

Choć w ciążę nie zaszłam od razu, to specjalnie długo też na ten moment nie czekałam. Kiedy na teście pojawiły się dwie kreski, przygotowałam obiad dla męża i niecierpliwie oczekiwałam jego powrotu do domu. Do dziś pamiętam gulasz wołowy z cebulą z ziemniakami. Danie, które tak bardzo lubiłam, tamtego dnia stało się dla mnie najbardziej znienawidzonym jedzeniem przez następne parę lat. Tego też dnia zaczęła ścierać się i przeplatać zapamiętana z gazet, Internetu i telewizji, wizja szczęśliwego spokojnego macierzyństwa z moją rzeczywistością.

Osobista walka o przetrwanie

To był czas kiedy pracowałam i jednocześnie studiowałam w weekendy. Wszyscy mówili, wszędzie było napisane, że najtrudniejsze są pierwsze trzy miesiące ciąży, a później już jest dobrze. Byłam uparta i wytrwała, więc zawzięłam się i postanowiłam przetrwać ten trudny czas. Zawsze byłam osobą nastawioną na osiągnięcie zamierzonego celu. Skoro więc już tyle kobiet to jakoś przeżyło, dam radę i ja. Tak sobie tłumaczyłam. Na szczęście miałam bardzo dobrych szefów w pracy, którzy dbali o mnie i pozwalali wsześniej wyjść do domu, gdy czułam się źle. A niestety złe samopoczucie towarzyszyło mi codziennie, począwszy od dnia z gulaszem wołowym i cebulą. Miałam mdłości. Nie pomagało żadne poranne jedzenie herbatników, żadne ziółka, wody, czary mary i cuda na kiju. Było mi niedobrze 24 godziny na dobę.

Wiosna, wiosna…. ach to ty…..

Początek mojej ciąży zbiegł się z początkiem wiosny. U mnie w brzuchu rozwijało się życie, a za oknem budziła się przyroda. Ludzie dookoła uśmiechali się częściej i ciesząc się wiosennym powietrzem otwierali okna….. Tak, otwierali te okna wszędzie. W pracy, w sklepach, na mojej uczelni, a nawet w moim własnym domu!!! Dla mnie każde otworzenie okna kończyło się wizytą w toalecie. Świeże powietrze z zewnątrz wywoływało u mnie natychmiastowe mdłości i wymioty. Ale to nie koniec….. nie macie pojęcia jak strasznie śmierdziały mi świeże bułki. Tak cuchnęły, że musiałam wystawiać je na dwór, aby nie czuć tej woni. Nienawidziłam prania wyjętego z pralki, które nie pachniało jak wcześniej, tylko po prostu zajeżdżało gorzej niż stare skarpety. Po trzech miesiącach znalazłam się w szpitalu z powodu odwodnienia. Pobyt tam skutecznie mnie uleczył i postanowiłam więcej tam nie wracać. Przynajmniej do czasu porodu.

Drugi trymestr – gdzie jesteś moja radości?

Zaczął się wyczekiwany czwarty miesiąc. Chciałam w końcu cieszyć się z tej ciąży. Chciałam biegać po sklepach, oglądać ubranka i być taką radosną mamą, jaką widziałam w gazetach i reklamach. Nic z tego. Mdłości nie ustępowały, a toaletę odwiedzałam równie często jak wcześniej. Zmieniła się jedna rzeczy. Nauczyłam się rozpoznawać i w pewnym sensie panować nad tym, kiedy zjedzony obiad, czy posiłek, a nawet wypitą wodę, trzeba będzie zwrócić. Zdarzało się, że jadłam obiad na mieście po pracy, wracałam do domu, otwierałam drzwi i szłam prosto do toalety. Niestety ciąża wykańczała mnie nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. To była walka o przetrwanie, niemal wegetacja. Praca, sesja na uczelni i złe samopoczucie doprowadzały mnie do łez. Załamywałam się rozmawiając z koleżankami, które nie wiedziały co to mdłości i narzekały na to, że nie mogą przestać jeść. W końcu na początku siódmego miesiąca mdłości zaczęły ustępować.

Jak nie urok to…..

No właśnie, chyba wszyscy znamy to powiedzenie. Pozbyłam się mdłości to dostałam w prezencie skurcze podczas jazdy samochodem do pracy. Musiałam więc zrezygnować z dalszej pracy. Szkoda mi było, ale jednocześnie cieszyłam się z odpoczynku. Martwiłam się też o malucha w brzuchu, żeby nic się jej nie stało. To był całkiem miły czas. Córeczka ruszała się, szukaliśmy dla niej imienia, kupowaliśmy ubranka i wyprawkę. Poszłam do szkoły rodzenia i oswajałam temat porodu. Oczywiście poza typowymi problemami ciężarnych i straszliwym bólem w krzyżu, można powiedzieć, że wreszcie odżyłam. Na krótko jak się okazało….

Przewijamy, czyli dziecko na świecie

Powinien być jeszcze akapit o porodzie, ale ten wątek nadaje się na odrębny artykuł. Poród był dla mnie doświadczeniem bardzo bolesnym, po którym miesiąc czasu dochodziłam do siebie. Pamiętam jednak okropny ból kiedy mała się rodziła i kiedy była już na świecie. Ja cierpiałam jak ranne zwierze, a oni położyli mi ją na brzuchu. Nie byłam nawet w stanie się nią zająć. Przez następne dni walczyłam ze zmęczeniem, bólem, krwawiącymi piersiami, karmieniem córki i płakałam przytłoczona tym wszystkim. Brutalna rzeczywistość zmiażdżyła doszczętnie zbudowany przeze mnie obraz macierzyństwa.

Ale wróćmy do miłości….

Podsumowując pierwsze pół roku ciąży walczyłam o przetrwanie każdego dnia, zmagając się z codziennymi problemami i przeżywając gorycz rozczarowania złym samopoczuciem. Nie byłam typem matki głaszczącej brzuch i mówiącej do niego. Nie popadałam w zachwyty na widok innych dzieci. Miałam wrażenie, że jestem inna, gorsza niż reszta kobiet w ciąży. Po porodzie nie płakałam na widok dziecka. Kiedy mi ją położyli na brzuchu, chciałam aby ją zabrali, bo zwijałam się z bólu. Zaczęłam się zastanawiać, czy potrafię kochać. Czy kocham dziecko, które nosiłam tyle czasu pod sercem i rodziłam w bólach. Któregoś dnia zabrali wszystkie maluchy do mycia. Potem przywieźli je z powrotem. Moja córeczka leżała na boczku i miała szklane oczka. I to był ten moment, kiedy poczułam, że kocham tę istotkę. Przytuliłam ją do siebie i po raz pierwszy poczułam, że jest moja, naprawdę moja. I kocham ją po dziś dzień.

Joanna Kostrubiec

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close